Archiwa kategorii: Humor

W głowie siedzi

Ludzie, którzy mają to samo hobby upodabniają się do siebie. Gracze komputerowi, domorośli mechanicy, panie domu (no dobra, może to nie do końca pasja), miłośnicy rajdów, bywalcy siłowni, [...] – wszyscy oni mają jakiś zbiór cech, po których niemal od razu poznasz co i jak. Oczywiście najbardziej charakterystyczne będzie to co widać, ale dzisiaj chcę się skupić na tym, co siedzi w głowie. Oczywiście będzie to głowa biegacza.

Udało mi się u siebie wypatrzyć to:

  • Różnica pomiędzy 5:00 a 4:30 jest o niebo większa niż różnica pomiędzy 6:00 a 5:00
  • Wyjazd do innego miasta zaczynam planować od znalezienia fajnego parku.
  • Wstając rano wiem dokładnie o której zjesz śniadanie, obiad, kolację i 4 inne posiłki.
  • Buty dzielą się na treningowe, startowe i inne.
  • Robię pranie codziennie.
  • 10 km to w sumie „walking distance”.
  • 400 zł za „trampki” to normalna cena.
  • Buty mają przebieg.
  • Znajomi dziwią się, że można zjeść całą pizzę na kolację i dalej być chudzielcem.
  • Zdarza mi się budzić o 3 w nocy. Z głodu.
  • Czerwone światło dla pieszych to tylko sugestia. Dopóki samochody stoją masz „zielone”. Jak nie stoją trzeba być po prostu ostrożniejszym.
  • Każde nowe miasto poznaję w dwa, góra trzy tygodnie. Biegusiem.
  • Dla kolegów połówka to 500. Dla mnie 21.

Wpisywałem tylko takie najbardziej wyraźne. Macie coś dołożyć?

 

PS. Trawi mnie kontuzja już drugi miesiąc. Jak ja tej cholery nienawidzę. Nie mogę biegać i nie mogę robić „dołu” na siłowni. Dół mega :(

Spektakularny sukces

Hi.

Dzisiaj będzie szybka notka. Może mi się uda być jednym z pierwszych, którzy o tym napiszą. Dzisiejszy maraton w Warszawie to niekończące się pasmo sukcesów. Pomijając takie bzdety, jak najlepszy czas na polskiej ziemi, udało się osiągnąć dwie wspaniałe rzeczy:

  1. Skuteczne wkurwienie całej rzeszy mieszkańców Warszawy.
  2. Pokaz umiejętności informatyków – strona z wynikami zDDoS-owana na 2h:) Gratulacje.

Hejt się leje szerokim strumieniem. Aż serce rośnie, kiedy się czyta te wszystkie przyjazne komentarze. Wszystkie nasze najlepsze cechy narodowe dały o sobie znać w całej okazałości. Sama słodycz.

Chciałbym z tego miejsca pogratulować moim rodakom luzu i wyrozumiałości i życzyć organizatorom, żeby następnym razem hejtu było mniej. Bo impreza bardzo fajna.

Czep się Rzep-y

No przecież sobie nie odpuszczę. Chociaż przez chwilę myślałem, żeby jednak dać sobie spokój. Ale nie wytrzymam. Muszę po prostu.

Jakoś w weekend, pewien kierowca z Warszawy poczuł się bardzo urażony półmaratonem. Do tego stopnia, go to ruszyło, że postanowił napisać o tym artykuł (Marna próba ironii).

No cóż… Za swoje już dostał wszędzie, gdzie się dało (choćby tu: Ból dupy Pana Dominika) więc jaki byłby sens w kopaniu leżącego?

Chciałem tylko wtrącić swoje marne parę groszy.

Po pierwsze. Wydaje mi się, że gość chciał z humorem potyrać biegaczy, ale jego poczucie humoru jest subtelne, jak kombajn do buraków a jego ironia jest ciut mniej delikatna niż meteoryt czelabiński. Dobra, ale to by jeszcze było do przeżycia. Może po prostu jest taki ciężko myślący.

Po drugie. Może i by mu to zostało wybaczone i zapomniane, gdyby nie wyzywał biegaczy od półmózgów. Wprawdzie nazwał to nieco łagodniej, ale przekaz jest aż nadto jasny. To by się dało jeszcze wytłumaczyć ciężkim myśleniem (od biedy).

Po trzecie. Elementarny brak wiedzy. Facet opisuje coś, na czym kompletnie się nie zna i czepia się totalnie absurdalnej sprawy jaką jest nazewnictwo. Spoko. Skoro interesuje się kolarstwem, to powinien wiedzieć, że tam też są maratony. Well, może zapomniał.

Po czwarte. Co to w ogóle za porównanie? Masz czas na bieganie, a nie masz czasu pójść do kościoła? A skąd on wie, że nie mam? A poza tym, mój Bóg jest w świecie, który mnie otacza. Czyli jest tak samo w kościele, jak i na polu pełnym maków. I to też bym mu wybaczył. Może tak został wychowany, że dobry chrześcijanin musi swoje odklęczeć.

Ale na Boga, facecik jest wiarygodny jak pijaczek pod sklepem, proszący o 50 groszy na bułkę. Gość twierdzi, że codziennie pokonuje kilkadziesiąt kilometrów na rowerze, a wygląda tak:

i jeszcze tak:

 

To ja też chcę taki rower. Będę sobie codziennie latał nim na trening na wieś. A skoro da się na nim bez wysiłku pyknąć kilkadziesiąt kilometrów, to nawet z tego treningu rowerem wrócę.

 

Komentarz od jednego z użytkowników niezastąpionego, w takich sytuacjach, wykopu:

CaptureNa koniec jedno pytanie do Pana Dominika. Czy będzie Pan tak samo głośno protestował przy okazji procesji z okazji Bożego Ciała albo przy okazji państwowych ceremonii?

Pozdrawiam Pana serdecznie i życzę by przynajmniej połowa komentujących artykuł wspomniała coś o ironii.

PS. Jakby tam przypadkiem, zupełnie niechcący artykuł się Rzepie skasował z serwera: Zdort_ Biegactwo i inne religie (wersja do druku), służę kopią zapasową.

 

Wiosennym biegaczom

Jako, że niespodziewanie w kwietniu zrobiło się ciepło, parki w mieście zaroiły się od biegaczy. Serce rośnie, kiedy się na nich patrzy.

Jest jednak pewna, na szczęście niewielka, grupa, która szczególnie zasługuje w tych dniach na uwagę. To wcale nie są ci początkujący, z pokorą uczący się tego nowego dla nich doświadczenia. To starzy wyjadacze, którzy zaczęli przygodę z bieganiem jesienią (lub w Nowy Rok) i uważają się już za prawie zawodowców. Zapisują się na półmaratony, co więksi kozacy szykują się już na Dębno…

Chciałbym Wam zadedykować wiersz, napisany przez Arkadiusza Łakomiaka:

Wyskoczyła żaba z wody
- Jutro jadę na zawody!
Zobaczycie mnie w jeziorze,
na wyścigach wodnych stworzeń.

Stanę w szranki wraz z rybami:
szczupakami, okoniami.
Zaprosiły mnie tam leszcze.
Kogo więcej? Nie wiem jeszcze.

Znana jestem w okolicy,
mówią o mnie przeciwnicy.
Pływam przecież wyśmienicie,
za dnia, w nocy i o świcie.

Nikt mi wygrać nie przeszkodzi!
Szybsza jestem już od łodzi.
Rankiem pływam jak torpeda,
tanio skóry więc nie sprzedam.

No, wyruszam jutro z rana
(chociaż będę niewyspana),
by ustawić się na przedzie.
Z drogi śledzie, żaba jedzie!

Gdy stanęła już na starcie
(muszę stwierdzić to otwarcie),
bocian gościł na tych wodach,
no i było po zawodach.

Teraz żabki z niej rechoczą,
siedząc w bagnie, nogi mocząc.
Za nic nie opuszczą wody…
i nie w głowie im zawody!

Chciałbym wam życzyć, żeby tym bocianem był prosty, zwyczajny brak sił na trasie, a nie rozwalone kolano lub inne paskudztwo.

pzdr

Doniosę, czy nie doniosę

Zaczyna się niewinnie. Biegniesz, jesteś daleko od domu i nagle czujesz lekkie swędzenie. Ignorujesz, bo takich swędzeń to masz na pęczki.

Biegniesz dalej.

Kiedy znajdziesz się daleko od ludzi decydujesz się uwolnić co nieco.

I tu nagle mały zonk. Stan skupienia nie pasuje do przewidywań. I to cholernie mocno nie pasuje.

Ale dalej można to ignorować. Przecież to tylko takie lekkie, niepozorne nic.

Biegniesz dalej.

Jesteś w połowie trasy i zaczyna docierać do Twojej świadomości, że to nie jest takie znowu lekkie. Nie chce też jakoś specjalnie czekać.

Ale trzeba wytrzymać.

Kierujesz się w stronę domu. Coraz bardziej zaczyna dawać o sobie znać.

Tempo zaczyna spadać, bo im szybciej biegniesz, tym trudniej wytrzymać.

Dylemat. Biec dalej czy iść? Jeśli iść, to będzie dużo dłużej. Za to przy bieganiu bardziej trzęsie.

Kompromis. Truchtać trochę wolniej, drobnymi kroczkami.

Jeszcze kilometr.

Te krzaczory obok wyglądają całkiem zachęcająco.

Jeszcze kawałek.

O nie. Czerwone światło na ostatnim skrzyżowaniu.

Walić to. Dajesz między samochodami.

Klucz od domu.

Mijasz zdziwioną rodzinkę w przedpokoju.

Jeeeeeest.

Uczucie, które rozkłada na łopatki najlepszy orgazm świata. Efekt produkcji przerasta najśmielsze oczekiwania. A zapach spokojnie wybije wszystkie komary w okolicy.

Tak, tak właśnie kończy się dieta bogata w surowe warzywa, pełnoziarniste pieczywo, dużo wody i owoców.

Na koniec filmik:

PS. Jeśli wygra opcja krzaków, skończony idiota poleca książkę: Jak srać po lasach. Ekologiczne podejście do zapomnianej sztuki

Biegnę sobie

Biegnę przed siebie. Biegnę i biegnę. Rozpędzam się, Przebieram nogami raz szybciej, raz wolniej. Fajna górka przede mną, ciekawe zakręty. Czuję się jak młody bóg. Chodniki zimą nieco się wyludniły i fajnie się biega. Tylko na samochody trzeba uważać. Biegnie sobie człowiek spokojnie, chce przeskoczyć na druga stronę ulicy i tragedia się wielka podnosi. Krzywda się wielka dzieje panu kierowcy jednemu z drugim, jak sobie nieco zwolni. Przecież nie będę stał jak debil na czerwonym, wolę sobie śmignąć wcześniej, zanim do przejścia dobiegnę.

Zimą to przynajmniej nie trzeba się przepychać między powolniakami na chodniku. Wszystkie zmarzluchy siedzą w domu. Już idealnie jest, jak jeszcze coś pada. Wtedy to już spokój zapewniony. Ale wiosną czy latem… To jakaś masakra jest. Łażą po tych chodnikach, ślamazarzą się jakby nie mogli tempa równego zachować. Wchodzą pod nogi. W ogóle nie chcą ustąpić. A już najgorsze są mamuśki z wózkami. Idą sobie dwie takie święte krowy i nawet nie pomyślą, że chodnik nie jest ich własnością. Ehhh.

Lubię, kiedy są w mieście zawody. Płacisz te parę złotych za wpisowe, ale przynajmniej, jak płacisz, to wymagasz. Droga zarezerwowana dla biegaczy, żadne dzieciary pod nogami się nie pałętają. Można biec sobie spokojnie. Jak ktoś wolniejszy, to ustąpi. A na koniec całej imprezy jeszcze medal dają. I jest z kim pogadać na ciekawe tematy.

Ostatnio z tym pogadaniem, to się trochę ciężko robi. Z żoną próbowałem. Zaprosiłem ją na trening, żeby poćwiczyła trochę ze mną, żeby zobaczyła jak ciężko trenuję. Siadła, popatrzyła, wyjęła telefon i zaczęła gapić się w fejzbuka. Jak skończyła, zadzwoniła do koleżanki i pierniczyła z nią z godzinę. A jak potem pytam, jak jej się podobało, to mówiła, że zimno i bez sensu. Jak się jej zapytałem, co zapamiętała, jakieś może wyniki moje czy coś, to powiedziała, że chyba godzinę biegałem. Nosz kurrrr. Półmaraton przebiegłem w 1:46:34, a ta mie tu będzie mówić, że chyba godzinę. No nic, nie rozmawialiśmy ze sobą ze 3 dni. Ale już jej przeszło. Tylko nie chce więcej jeździć ze mną na zawody ani na treningi. Nie, to nie. Bez łaski.

W pracy też mnie jakoś unikają. Nie wiem o co im chodzi. Przecież ja bardzo towarzyski jestem. Z każdym chętnie pogadam, każdemu chętnie opowiem, jak to wczoraj mi dobrze szło pod górkę, jakie fajne interwały mi się udało zrobić. Podzielę się nawet bólem, jaki mnie dopadł, kiedy uszkodziłem paznokcie u stóp, czy przetarłem pachwiny. Ci ludzie jacyś dziwni są. Nikt nie docenia mojego wysiłku i nie chcą ze mną gadać. Jak w towarzystwie coś zacznę mówić, że bieganie jest takie fajne czy coś, to jakoś nagle wszyscy muszą wracać do pracy. Nie chcą, to nie. Nie będę z nimi gadał. Sam ze sobą też czuję się dobrze. Nawet w sumie lepiej. Mogę założyć buty, słuchaweczki i ruszyć do lasu.

Kiedy tak sobie biegnę, mogę poskładać myśli. Ułożyć plan treningowy. Pomyśleć o zakupie nowych ciuchów do biegania. Ostatnio w katalogu widziałem taki super komplet. Leginsy i koszulka. Chyba sobie kupię. Wprawdzie żona mówiła coś, że facet w leginsach wygląda jakby miał dysfunkcję z przodu i w celach seksualnych używał tyłu, ale co ona tam się zna. Tak, kupię sobie te leginsy. Dzięki nim będzie mniejszy opór powietrza i uda mi się wreszcie zejść poniżej 40 minut na dychę.

O, biegnie jakaś parka. Machnę im.

No co za buractwo. Ręki do góry nie chce się podnieść. Ludzie to naprawdę są dziwni. Uśmiecham się do takich i macham na przywitanie, to tylko spojrzą jak na wariata. Szkoda gadać.

Trochę późno się robi. Wracam do domu. Jeszcze będę musiał po żonkę skoczyć odebrać od znajomych. Pojechała sobie na jakąś imprezkę. Mnie nie zaprosili, bo wiedzieli, że i tak nie przyjdę. Po co miałbym tam iść? Żreć te ich sałatki z majonezem? Pić drineczki? Co to za przyjemność pić alkohol z colą? Jedno gorsze od drugiego. Powiedziałem, że mogę ją odebrać, ale przed 23, bo potem idę spać. Wytargowała się do północy. No Kopciuszek się znalazł. Niech będzie i północ. Jutro dzień nietreningowy, można pospać i poobijać się. Na basen może skoczę…

****

Pojechałem po żonę na imprezę. Oczywiście się przeciągnęło. Siadłem i czekałem aż skończą gadać. Wyjąłem telefon i ułożyłem sobie plan na przyszły tydzień. Powiedzieli, że jestem nudziarzem i że mojej żonie współczują takiego typa. Co ci ludzie czasem, to ja nawet nie…

Jak zostac grubasem

Dzisiaj miniporadnik dla Was, jak zostać grubasem. Takie wydawałoby się proste, a jednak widać po ulicach, że ludzie sobie kompletnie nie radzą w temacie. Wprawdzie ostatnimi laty się trochę polepszyło i polskie społeczeństwo zaczyna gonić zachodnią (i bardzo zachodnią) Europę, ale do doskonałości ciągle nam wiele brakuje.

Jedzenie i picie

Dość oczywistym jest, że do bycia grubasem nie dojdziemy bez odpowiedniej ilości jedzenia i picia. Jeść należy bardzo często, najlepiej w trybie ciągłym. Dobrze, żeby to były jakieś przyzwoite przekąski. Nie ma co jeść jakichś tam kurczaków, ryby czy innych twarożków, bo po nich człowiek zazwyczaj długo pozostaje syty i dieta się rozjeżdża. Surowe warzywa też nie są polecane. Warzywa w ogóle powinny zniknąć z naszej diety, ale te surowe są szczególnie złe. Po jarzynkach się tylko niepotrzebnie wzdęcia pojawiają. Lepiej ich nie jeść. Do picia oczywiście gazowane napoje i mocno słodzone soki owocowe. Najlepiej bardzo dużo najprzeróżniejszych przecieranych marchewkowych. Fajne, słodkie i do tego ponoć zdrowe. Jest też szkoła, która mówi, że dobrze wesprzeć swój organizm różnymi puszkowanymi energetykami. Tak z 3-4 dziennie powinno wystarczyć. W końcu trzeba mieć energię do życia.

Kaweczki z pączusiem

Nic nie dodaje energii lepiej niż pyszna kawusia. Najlepiej niech to będzie waniliowe latte ze znanej amerykańskiej sieci*. Koniecznie wielkie jak wiadro i posłodzone sześcioma łyżeczkami cukru. Mmmmm. To jest prawdziwa kawa. Ale wiadomo, że kawa bez czegoś słodkiego to w ogóle nie wchodzi. Jakiś fajny pączuszek, drożdżóweczka, kremóweczka, albo jeszcze coś innego. Ważne, żeby było słodkie i tłuściutkie. Masa musi się zgadzać.

*Skończony Idiota oświadcza, że nie ma nic wspólnego z żadną siecią (nawet tą amerykańską) i nie zamierza żadnej sieci chwalić ani ganić. Obrazek dobrany przypadkowo (logo Skończonemu Idiocie nieznane).

Siedząca praca

Praca, to oczywiście siedzenie w biurze przez cały dzień. Bo tylko taka przystoi. Żadne tam przejść się, czy coś załatwić inaczej niż mail/telefon. A już broń boże jakaś fizyczna. Trzeba oszczędzać energię. A jak praca przy biurku, to pewnie umysłowa. A jak praca umysłowa, to mózgiem. A mózg żywi się cukrem. No to pączek. A do pączka kawa…

Samochodem wszędzie

Przecież nie po to mam samochód, żeby chodzić na pieszo, albo jeździć transportem zbiorowym, jak zwierzęta jakieś. Po bułeczki do sklepu oczywiście autem. Do pracy, pod drzwi samochodem. Do szkoły po dziecko – samochodem. Niech się od małego nauczy dobrych nawyków. A na koniec najlepsze. Pół godziny przebijania się samochodem przez miasto, szukanie miejsca parkingowego przed siłownią. Parę razy machnąć rączką na maszynie, parę minut na rowerku, pierdu pierdu z koleżanką. I ja przecież ćwiczę.

Zawsze kupuj słodycze

Każdy wypad do sklepu, po cokolwiek, to doskonała okazja do zakupu słodyczy. Zawsze, ale to zawsze, kup coś słodkiego w sklepie. A to dla dziecka, a może teściowa wpadnie z niezapowiedzianą wizytą, a może będziesz mieć ochotę na małe co nieco. Jakieś tam wytłumaczenie się znajdzie. Nie ma obaw. Zapasy słodyczy w domu muszą być. Wyobraź sobie ten kataklizm, kiedy siadasz wygodnie z dupą na kanapie, żeby obejrzeć codzienny maraton seriali, przy trzecim z kolei nachodzi Cię nagły głód. W przerwie na reklamę pędzisz do barku, a tam pusto. I nie ma wyjścia, trzeba iść do kuchni, zrobić kanapkę. A to nie jest słodkie. A fuj. Można też męża pogonić do osiedlowego, albo na stację benzynową. Znajdzie się taki, co pójdzie.

Zero ruchu

Człowiek z natury leniwy jest. Organizm dąży do minimalizacji zużycia energii. Czyż całkowity bezruch nie jest zatem stanem idealnym dla naszego ciała. Osiąga wtedy stan najbliższy ideałowi. Można leżeć przed telewizorem, siedzieć przy biurku, siedzieć za kółkiem, leżeć w łóżku. Oszczędzajmy. Trochę ciężko się seks uprawia w bezruchu.  Przynajmniej jedna z osób musi coś tam robić. To może losowanie za każdym razem…

Bez Ciebie dom się zawali

Poszłabyś chętnie na spacer, może na rower, może nawet pobiegać. Ale niestety nie możesz zostawić domu bez opieki. Mąż biedulek nie poradzi sobie z obsługą pilota od telewizora, albo zabije się otwierając lodówkę. Dzieci niechybnie umrą z głodu, kiedy Cię nie będzie albo coś sobie zrobią, bo ich ojciec nie nadaje się kompletnie do opieki nad nimi. Co udowodnił, dając im nóż, żeby sobie same posmarowały chleb na kolację, a sam stał i na to patrzył. Nie ruszysz się, bo przez te dwie godziny Twojej nieobecności, świat się na pewno zawali. Cóż z tego, że głównie siedzisz na kanapie i w najlepszym wypadku coś tam czasem powiesz. Ty się nie obijasz. Ty pilnujesz.

Seriale codzienne

Masz pakiet telewizji z pierdyliardem kanałów, więc jest w czym wybierać. Codziennie wieczorem jest czas na maraton. Wersja dla biednych (albo oszczędnych): TVP1, TVP2, Polsat, TVN i co tam jeszcze dają za darmochę. Wersja dla bogatych: HBO, Canal+, jakieś tam przeróżne VOD i pakiet dla biednych gratis. To Ci cudnie zagospodaruje cały wieczór. Pozostaje już tylko kolacja i spać.

Choroba*

To trochę drażliwy temat. Ale są takie choroby, które pozwolą Ci zostać prawdziwym profesjonalistą pośród grubasów. Część z nich można sobie wyhodować (taka na przykład cukrzyca), część jest niestety niedostępna dla większości ludzi, albo ciężko ją wywołać (takie na przykład choroby układu hormonalnego). Masz wtedy dwie opcje, albo zadbać o siebie bardziej, ułożyć lepszą dietę, dobrać dobrze leki, skonsultować się ze specjalistą i trzymać formę (nie każda aktywność wchodzi wtedy w grę). Możesz też użyć choroby, jako wymówki idealnej. Jestem chora/chory i nie chcę pogorszyć swojego stanu. Nie będę szukał pomocy, bo wiem lepiej. Nie mogę, nie wolno mi i koniec. A dieta? Lekarz powiedział, że mogę jeść wszystko. To jem. Słodycze też.

*Skończony Idiota oświadcza, że absolutnie nie nabija się z chorób. Chciałbym jedynie pokazać, jak dobrą stanowią wymówkę do bycia grubym. Obrazka nie będzie.

Wmawiaj sobie ze jesteś taki aktywny

Przejdziesz się z dzieckiem na spacer? Zrobisz kilka prostych ćwiczeń na tapczanie? To super, to wystarczy, żeby uważać się za osobę aktywną. Koniecznie do tych ćwiczeń kup sobie izotonik z dużą ilością cukru. A po skończonym spacerze uzupełnij cukier batonem. I powiedz sobie dziarsko: „Może i jestem grubasem, ale za to aktywnym.”

I tym optymistycznym akcentem kończymy miniporadnik. Zmęczyłem się nieziemsko podczas pisania. Oczywiste dla mnie, że zasłużyłem na batona.

Ludzie listy piszą (vol 1.)

Zdarza mi się czasem dostać od Was jakiegoś maila. Miłe to i fajne, bo nawet czasem mnie nie wyzywacie od idioty. Serio – to mnie nie obraża. Ale dzisiaj będzie nieco przewrotnie. Wcale nie o mailach.

Patrzę sobie czasem w statystyki odwiedzin. A co? Stać mnie na taki luksus. Postaram się dzisiaj odpowiedzieć na wszystkie pytania, które zadaliście googlowi a on przyszedł po pomoc do mnie. Pisownia pytań oryginalna.

jak szybko się czegoś wysrać

Jak najszybciej. Im szybciej tym lepiej. Jak tylko możesz się z czegoś wysrać, to nie czekaj działaj.

pies biega caly czas chyba go cos boli co mam robic

Biegaj szybko za nim i obserwuj. Jak się cieszy sam do siebie, to pewnie ma syndrom biegacza. Pomachaj mu. Jeśli Ci odpowie, to wszystko gra. Jeśli nie – znaczy, że cham i prostak i już nic się nie poradzi.

jak prawidłowo wyglądający słowa narządy kobiece

Słowa prawidłowo wyglądający litery małe i czasem wielkie też, ale mniej mieć mogą narządy męskie. (Razem z autorem pytania należymy do rzadkiej grupy językowej i rozumiemy tan dialekt. Dla postronnej osoby postronnej może się wydawać nieco dziwne, że „narządy kobiece”=”?”, a „narządy męskie”=”.”. Ale cóż, taki język – co robić?)

zamalo tak zaduzo nie-tekst piosenki-zna ktos tytul

Pewnie, że tak. Na pewno jest na świecie ktoś kto zna tytuł. Sam znam trochę tytułów. Moja mama zna jakieś tytuły, jej mama też pewnie znała, ale tego już się nie dowiemy. A swoją drogą, to dosyć pokrętny ten tekst piosenki. To pewnie na jakiś konkurs ortograficzny specjalnie napisane.

regeneraja dowodu osobistego

Ależ to jest proste – bierzesz stary dowód, jakieś ładne zdjęcie i idziesz do urzędu miasta. Przemiła pani w okienku weźmie to od Ciebie i Ci za darmo zregeneruje. Pani ma trochę małe zdolności magiczne i regeneracja trwa kilka tygodni. Można też spróbować regenerować w domu. Tu mamy wiele opcji. Niektóre zaprowadzą nas do tej samej pani w okienku, tylko będziemy musieli jej naściemniać, że się zgubił. Inne opcje spowodują, że nie trzeba będzie do pani iść. Panowie wpadną sami. Nastaw budzik na 5:50, żeby zęby umyć.

nie mogę spać kiedy bity sieka ment

Kurde, współczuję. Kiedy sieka srogi bit, to jeszcze nic. Ale jak bit sieka ment, to już nic nie idzie zrobić.

piekne wiejskie duże cycki

Daj jakieś namiary, dobry człowieku, jak już Ci się uda znaleźć. W rzeczy samej, nie Twoje namiary mam na myśli.

klata plecy barki udaje kogoś innego

Skoro zadał sobie tyle trudu, żeby zrobić nową klatę, plecy i barki to może już jest innym człowiekiem i nie udaje.

zona zre cukier i ma.niski stan we krwi

Niestety niskiego stanu z człowieka się nie wykorzeni. Jak sam napisałeś, żona ma niski stan we krwi. Szlachty z tego już nie będzie. A że żre cukier, to i pewnie piękna nie jest. I był Ci ten mezalians potrzebny? Było brać pannę z dworu, co cukier je, a nie żre.

zestaw ćwiczeń z obrazkami odstających dla dorosłych

W tym Ci nie pomogę. Odstające dla dorosłych na obrazkach, to nieco inna branża. Ale ćwiczenia, to mają tam niezłe. Joga głównie, ale taka jakby dynamiczna. Szukajcie, a znajdziecie.

nadganiam potasu cena

Potas całkiem zdrowy jest, więc nadganiaj, nadganiaj. Jak już sporo nadgonisz, to pamiętaj, że to dość reaktywny metal i trzeba go od tlenu izolować, bo szybko znika.

to nie misio ale coś takiego innego

A może to żyrafa? Ostatnio moda na żyrafy była. A jak nie misio i nie żyrafa, to podaj jakieś jeszcze wskazówki. Pobawimy się w zgadywanki.

czy krew pobierano stopniowo od poczatkujacego krwiodawcy

Pobierano stopniowo krew. Pobierano jej coraz więcej i więcej. Pobierano i pobierano, regularnie co 8 tygodni. Aż, ni z tego ni z owego, dawca przestał być początkujący.

co zrobic aby tyle nie pierdziec

Można jeść dużo fasoli i kapusty, to się nie będzie pierdzieć tyle. Będzie się pierdzieć więcej. Można jeść samo białko. Będziesz pierdzieć mało, ale pierwszy pierd zwali z nóg pół dzielnicy. Jedno jest pewne, nie wolno wstrzymywać bąków. Wstrzymane bąki wędrują po kręgosłupie do mózgu i w ten sposób mogą powstawać gówniane pomysły.

fajna męska dupa

Szczerze mówiąc taka sobie, ale dziękuję za komplement.

jak szybko wysrywa sie obiad

Jak dieta zawiera dużo błonnika, to wysrywanie trwa kilka sekund. Gorzej, jeśli nie zawiera. Murzynek wykarmiony miękkimi bułeczkami i pyszną czekoladą potrafi się nieźle zaprzeć. Wtedy obiad wyciska się kilka minut i jeszcze w pakiecie trening mięśni brzucha.

calkowite lenistwo otylosc

Całkowite lenistwo + otyłość = choroby serca i inne fajne rzeczy. Szukanie w internecie nie jest konieczne. Znacznie lepiej wyjść na dwór, choćby na spacer.

amstaff bieganie

Amstaff do biegania jest prawie najlepszy. Świetnie nadaje się do trenowania interwałów. Szybki przepis: rozgrzewka (tak z pół godziny), szukamy jakiegoś dresa z amstaffem i walimy go w ryj (plus ewentualnie zabieramy telefon, ale to dla tych zdolniejszych manualnie). Potem już niczym nieskrępowany sprint z ekstra motywacją. Po zaliczeniu levelu „amstaff”, kolejnym krokiem jest level „doberman”.

czy grubasy moga miec dziewczyne

Każda potwora znajdzie swojego amatora. Mogą mieć dziewczynę. Należy się tylko upewnić, że dziewczę wie o tym, że grubas ją ma. Czasem też bywa trudno takie dziewczę dogonić.

sikanie przy sobie

W sumie dobrze, że nie przy innych. Ja tam, na przykład, zawsze sikam przy sobie. Nigdy nie wychodzę z ubikacji, kiedy sikam, żeby sobie nie przeszkadzać.

po zjedzeniu czekolady czuje cos w sutkach

Jeee. Będzie mleko czekoladowe. Przyjmujesz zapisy?

jak z miłej i skromnej dziewczynki stać się zimną suką

Tak, drodzy panowie. To nie fejk. Jeśli jesteś z miłą i skromną dziewczynką sprawdzaj jej prewencyjnie historię wyszukiwania. Jak to mówił klasyk, nie znacie dnia ani godziny. Lojalnie oświadczam, że na moim blogu odpowiedzi na to pytanie nie będzie. Ale uważajcie panowie, ktoś może podpowiedzieć…

chudy to idiota

Ale przynajmniej jest chudy. A gruby jest gruby <język>.

kasia doila krowę a w lustrze

Jednorożec zjadał tęczę. Po pewnym czasie jednak Kasia doszła do wniosku, że te tabletki na odchudzanie, od koleżanki, nieco za bardzo poszerzyły jej horyzonty.

To tyle moi drodzy. Jak się spodoba, będzie więcej. Bo o ilość materiału troszczyć się nie muszę.

Mity o grubasach

Niezbyt często ostatnio mam okazję poblogować sobie. Tak zwany zapierdol się zrobił. Z tym większą przyjemnością napiszę ten krótki tekst. Uwaga dla napinających się: jest to moje niczym nie podparte (a już broń Panie nauką) pieprzenie. Tak wiem, że tekst jest obraźliwy. Jeśli naprawdę Ci uwłacza – nie czytaj.

Dziś będzie nieco o grubasach. Jest takich kilka mitów, które ludzie sobie na ten temat wytworzyli. Chyba po to je wytworzyli, żeby się jakoś przed innymi usprawiedliwić.

Grubasy to mili i zabawni ludzie

W dawnych zamierzchłych czasach podstawówki i liceum (niektórzy też gimnazjum, ale ja nie o tym) było tak, że wypada należeć do jakiejś grupy. A do grupy dobiera się ludzi, których się lubi. Za co można lubić kolegę czy koleżankę? Przeważnie lubi się atrakcyjnie wyglądających, bo atrakcyjnie wyglądają. Sorry, taka prawda. Za co jeszcze można lubić kogoś? A no za to, że jest „duszą towarzystwa”, czyli jest zabawny albo za to, że jest zawsze przygotowany na każdy (nawet najdebilniejszy) przedmiot i da spisać (albo ściągać na sprawdzianie). Atrakcyjnym oczywiście przychodziło bez żadnego trudu, co tylko chcieli. A grubasiątka nie mając wyjścia wykształciły w sobie którąś z dwóch cech potrzebnych w grupie. Ot cała tajemnica. Grubas zawsze dał spisać, grubas zawsze rozbroił lekcję. W zamian szła akceptacja ekipy i wszyscy byli happy.

Grubi ludzie są inteligentniejsi i bardziej pracowici

Patrząc na to jak wygląda stereotypowy szef można odnieść takie wrażenie. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że na wysokim stołku jest jakieś grubiątko? Ano znowu to samo. Kiedy koledzy i koleżanki idą się zabawić, grubas siedzi w domku i jedzie cały materiał do szkoły. A pracowitość? Dupa nie pracowitość. Jak się nie ma życia poza pracą, to tak już jest.

Faceci wolą pulchne dziewczyny

Chyba Ty. Faceci lubią przede wszystkim kobiety, które są zadbane. Ten durny pogląd wynika z tego, że facetom się nie podobają wieszaki pokazywane w programach modowych. Stąd bardzo prosta ekstrapolacja: skoro nie lubią wieszaków – lubią misie. Nie. Co innego, kiedy dziewczyna uprawia sport i nie jest koścista, bo ma mięśnie. A co innego, kiedy znad spodni wylewają się małe boczki. Serio. To nie jest fajne. Fakt, że pulchne dziewczyny mają z reguły duże cycki. Ale co z tego? Rozmiar to jedno, jędrność to drugie. Sorry dziewczyny.

Kobiety lubią misiowatych facetów

Chyba takie kobiety, u których zmysł estetyki wykształcił się w wiosce wikingów. Oczywiście, mężczyzna powinien wyglądać jak mężczyzna, a nie jak kościak. Ale zaręczam Ci, że każda kobietka prędzej obejrzy się za dobrze zbudowanym facetem niż misiem z wielkim bandziochem. Inna sprawa, że jakiś chory instynkt podpowiada niektórym kobietom, że misia trzeba karmić, żeby miał siłę. Misia trzeba podpasać, żeby misio był zawsze mój i żeby żadna pinda mi go nie zabrała. Pewnie, że nie zabierze. Kto by chciał misia z bebzonkiem?

Mnie to wali, ja nigdy nie oceniam po wyglądzie

Ta, jasne. Może jeszcze jesteś altruistą i w ramach równouprawnienia adorujesz wszystkie brzydkie kaczątka w okolicy, żeby nie były samotne? A w ramach hobby raz na jakiś czas ratujesz jakiś gatunek wieloryba przed wyginięciem? Ludzki mózg ocenia non stop. Każda nowo poznana osoba dostaje od razu przy poznaniu etykietkę („fajny”, „ładna”, „podejrzany typ”, „suka”, itp…). Kryterium jest między innymi atrakcyjność. A tej uczymy się od małego przez wzorce uparcie wpychane do głowy. Więc pomyśl, czy aby na pewno nie masz w otoczeniu kogoś, kogo nie lubisz „za twarz”.

Nie mam czasu na treningi…

Jakież to wspaniałe wymówki można znaleźć, żeby tylko nie ćwiczyć i nie zadbać o siebie. Chociaż codziennie rośnie poczucie winy i wyrzuty sumienia coraz bardziej nie dają żyć, zdajemy się zagłuszać je w coraz bardziej wyszukany sposób. Zobaczmy dzień z życia kogoś, kto bardzo chce schudnąć, ale jeszcze bardziej nie chce mu się dupy ruszyć.


Rano nie mogę trenować, bo praca

Pracujesz od 7:00? To musisz pewnie wstać około 5:00, żeby się przygotować, zrobić dzieciom śniadanie, zjeść coś i dojechać do pracy. W takim wypadku faktycznie nie da się nic zrobić.

Ale co jeśli pracujesz od 9:00? Albo zaczynasz pracę jeszcze później? Dalej twierdzisz, że rano się nie da? A może zamiast wylegiwać się w łóżku zacząć dzień aktywnie?

Można wstać o 5:00, wbić się w dres i zrobić mały jogging. Ale przecież 5:00 to taka nieludzka godzina, że lepiej tego nie robić. Tak przyjemnie jest sobie poleżeć i pobyczyć się. A potem zabijać senność w pracy kolejną kawą (uzbrojoną w coś małego do kawusi).

Są siłownie otwarte od 7:00 (w niektórych cywilizowanych miastach nawet od 6:00 albo w ogóle całodobowe). Żaden problem skoczyć sobie na poranny trening przed pracą. Na cały trening potrzebujemy jakieś 90 minut z prysznicem włącznie. Ale to trzeba wstać, a tak fajnie się leży.

Po pracy szybko do domu

Po pracy koniecznie szybko do domu. Trzeba zrobić obiad. Trzeba posprzątać. Trzeba dzieci ze szkoły odebrać. A pewnie jeszcze jakieś zakupy zrobić. Milion spraw na głowie. Nie ma najmniejszych szans na wciśnięcie tych 2 godzin kilka razy w tygodniu tylko dla siebie. Oczywiście mąż nie może odebrać dziecka ze szkoły czy zrobić zakupów. Nie da się też zrobić obiadu na kilka dni do przodu. To musi być koniecznie codziennie.

A może by tak prosto z pracy skoczyć na siłownię? Kończysz około 15:00? To do 17:00 możesz spokojnie poćwiczyć. Nie mówię, że codziennie. Ale te 2 razy w tygodniu i raz w weekend. Od tego nikomu nie ubędzie.

Kończysz pracę o 17:00 albo później? To pewnie rano masz sporo czasu do wykorzystania. Oczywiście straszliwie wypełnionego codziennymi obowiązkami.

Dwie godziny zmarnowane w korkach

To problem dużych miast i ludzi dojeżdżających z podmiejskich osiedli. Faktycznie można stracić mnóstwo czasu w korku. Nie dość, że czas dojazdu do pracy się znacząco wydłuża, to jeszcze korek wyjątkowo źle działa na nasze samopoczucie. Wydaje się, że nic nie da się z tym zrobić. Ale pomyślmy przez chwilę.

Sposób pierwszy – wyprzedzamy korek. Startujemy do pracy godzinę wcześniej niż zwykle i jedziemy do klubu sportowego. Godzina plus czas zaoszczędzony akurat wystarczy na trening. Korek się ustawi później, ale nas to już nie obchodzi.

Sposób drugi – komunikacja zbiorowa. Z reguły w korku stoją samochody. A gdyby tak podjechać do jakiegoś przystanku i przesiąść się na tramwaj/pociąg podmiejski. Może uda się nieco czasu zaoszczędzić. Do tego zyskamy nieco tym, że nie trzeba szukać miejsca parkingowego i w portfelu trochę zostanie, bo miesięczny z reguły jest tańszy niż paliwo. Ale przecież jako to? Nie podwozić tyłka pod samą pracę? To przecież takie niewygodne.

Sposób trzeci – rower. Jak masz do pracy 10km, to chyba nie ma lepszego środka komunikacji. Zdecydowanie najszybszy w mieście. Powiesz, że nie nadaje się na deszcz. No tak, przecież codziennie leje i nie da się deszczu przewidzieć, bo prognoza pogody to wynalazek szatana. Powiesz, że nie da się do pracy dojeżdżać w garniturze – Holendrzy mogą. Powiesz, że nie nadaje się na zimę – o ciepłych ubraniach i bieliźnie termicznej też nie słyszałeś pewnie. Rower daje nam też to, o co walczymy trochę ruchu. I nie dość, że dojeżdżając do pracy oszczędzamy czas i pieniądze, to jeszcze mamy trening niejako przy okazji. Same plusy.

Dziecko

Dziecko to wymówka niemal idealna. Nie da się nic zrobić, nigdzie wyjść i w ogóle trzeba ciągle siedzieć z nim.

Przecież wiadomo, że dziecko takie całkiem małe to właściwie nigdy nie śpi i zawsze wymaga całkowitego zaangażowania. A ktoś z rodziny nie jest w stanie się młodym zająć przez te dwie godziny? Nie. Mama tylko może.

Takie trochę większe dziecko cały czas potrzebuje maminej sukienki jak świeżego powietrza. Nie można go na sekundę spuścić z oczu, bo na pewno coś sobie zrobi. Nie da się go również zaangażować w ćwiczenia i od małego uczyć dobrych nawyków. Trzeba niańczyć – koniecznie w bezruchu. Można ewentualnie czytać gazetę lub gapić się w telewizor.

A już w ogóle nie da się z dzieckiem w wózku wyjść na dwór. Nie da się go wpakować w fotelik rowerowy albo przyczepkę. Nie da się kupić joggera i biegać ze śpiącym maluchem. Wiadomo, że to wymaga wysiłku, a przecież tak łatwo jest mówić staropolskie „niedasię”.

Seriale

Jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności czasu nie wystarcza na sport, a zawsze jest go pod dostatkiem do obejrzenia ciągu serialowego w telewizji. Bierzemy w łapkę pilota, stawiamy na stole michę popcornu (czy innej wspaniałości) i jedziemy po kolei. Najpierw pasmo popołudniowe, czyli te wszystkie paradokumenty robiące wodę z mózgu. Potem wiadomości. Po wiadomościach seriale z tych, co lecą codziennie (albo kilka razy w tygodniu). Na koniec jakiś film, albo serial z gatunku tych bardziej ambitnych, które lecą raz w tygodniu. I tak schodzi jakieś 3 godziny na papkę telewizyjną ostro przeplataną reklamami. A w tym czasie sadełko rośnie, a mięśnie wiotczeją.

Ale od jutra to na pewno się wezmę za siebie! Tylko czasu ciągle brak…